Workaway w Kambodży, czyli wolontariat na wyspie cz.1

Kambodża szczyci się kilkoma rajskimi wyspami chętnie odwiedzanymi przez turystów, ale w jej granicach można również dotrzeć do takich, gdzie jak w raju poczują się osoby lubiące ciszę, spokój i w pełni chillowy klimat. W kraju uśmiechniętych Khmerów jest wyspa należąca do Parku Narodowego Ream, na której znajduje się tylko jeden mały resort i która skrywa inspirującą historię pewnej niemieckiej pary. Przenieście się na chwilę na Koh Thmei i sprawdźcie jak wygląda codzienne życie na kambodżańskiej, prawie niezamieszkałej wyspie 🙂

O programie Workaway wspominałam już w relacji z pobytu w borneańskiej dżungli. Wolontariat w podróży spodobał nam się na tyle, żeby powtórzyć przygodę – tym razem w Kambodży. Wybór był prosty i padł na Koh Thmei z kilku powodów: pobyt na egzotycznej i idyllicznej wyspie, obecność zwierząt w resorcie, akcent ekologiczny (jedną z form pomocy było oczyszczanie plaży z plastiku wyrzucanego przez morze) oraz… brak internetu (!). Ale po kolei…

Jak powstał resort Koh Thmei?

Można powiedzieć, że historia zaczęła się podobnie jak wiele innych – para Europejczyków zamarzyła o przeprowadzce w tropiki i prowadzeniu tam własnego biznesu. Kambodża była wówczas krajem najbardziej spośród innych dostępnym finansowo, więc Kavita i Michael, bo o nich mowa, swoje marzenia szybko przekuli w czyny i tym sposobem wylądowali na Koh Thmei. Obecnie coraz więcej osób decyduje się na taki krok w życiu, ale nasi sąsiedzi zza miedzy postanowili osiedlić się w Azji prawie 10 lat temu, kiedy podróże w ten zakątek świata dopiero raczkowały. Kavita wspominała, że kiedy startowali z działalnością resortu na wszystkich kambodżańskich wyspach było ich 10. Obecnie jest ich kilkaset (!), ale ten na Koh Thmei nadal pozostaje jedynakiem i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja w najbliższym czasie miała ulec zmianie. W Azji obcokrajowiec nie może kupić ziemi – jedynym sposobem jest dzierżawa, co też zrobili gospodarze, płacąc za użytkowanie ziemi na 40 lat z góry. Historia jest o tyle ciekawa, że w momencie kiedy Kavita i Michael przeprowadzili się do Azji mieli po 50 lat, nie można zatem zarzucić im działania pod wpływem młodocianych szaleństw 😀 Obydwoje zgodnie twierdzą, że chcieliby dożyć końca swoich dni właśnie na Koh Thmei. W swoim „poprzednim życiu” zajmowali się prowadzeniem eko sklepu.

Życie w resorcie

Samo dostanie się na wyspę jest już niezłą przygodą. Najpierw trzeba dotrzeć do wioski rybackiej Kchhang. Stamtąd z małej przystani wyrusza się łódką płynąc początkowo wzdłuż rybackich domków na palach ujściem rzeki pomiędzy lasami mangrowymi. Następnie wypływa się na otwarte morze, gdzie fale zapewne niejedną osobę doprowadziły do choroby morskiej. Tak, owszem – buja, momentami bardzo mocno 🙂 Kapitan łódki – Pan Hahn (Pan Kogut) wygląda jednak na profesjonalistę w swoim fachu, więc mój strach w trakcie rejsu nieco malał. Nie ukrywam jednak, że zastanawiałam się czy w razie wywrotki zdołałabym „dochlapać się” do brzegu (bo pływaniem moich umiejętności bym nie nazwała). Po godzinie podróży dociera się do resortu. W zasadzie „resort” nie jest najtrafniejszym określeniem na 8 prostych drewnianych bungalowów na palach z podstawowym wyposażeniem: łóżkiem z moskitierą, wentylatorem, łazienką oraz werandą z hamakami i ratanowymi fotelami.

Kavita i Michael zatrudniają do pomocy 4 Khmerów mieszkających razem z nimi na terenie resortu (dwie dziewczyny i dwóch chłopaków). Ich praca polega na utrzymaniu bungalowów i gotowaniu posiłków dla gości. Chłopcy zajmują się głównie pracami manualnymi związanymi z domkami, dziewczyny zaś wiodą prym w kuchni przyrządzając pyszne, lokalne dania. Elektryczność w całym resorcie pochodzi z paneli słonecznych oraz generatora prądu zasilanego biopaliwem. Miejscem dowodzenia jest restauracja zbudowana na palach i wyposażona w stoliki i super wygodne fotele. Powiedzmy, że restauracja również jest nazwą umowną. Myślę, że najlepiej pasowałoby określenie „strefa relaksu”. Znajdziecie tutaj stół do piłkarzyków, mnóstwo gier planszowych i całkiem nieźle wyposażoną biblioteczkę zawierającą przewodniki po Kambodży, albumy przyrodnicze oraz powieści w języku angielskim i niemieckim. Gdyby ktoś miał ochotę pouczyć się khmerskiego może chwycić za rozmówki angielsko – khmerskie, walnąć się na hamak i próbować wydobyć z siebie charakterystyczne dla tego języka nosowe dźwięki. Idę o zakład, że khmerska ekipa miałaby niezły ubaw 🙂 Nikt z lokalnej załogi niestety nie mówi w języku angielskim, nadrabiali za to uśmiechem, który rzadko kiedy schodził im z twarzy. Wielka szkoda, że nie mogliśmy sobie pogadać..

Do miejsca dużo ciepła wnoszą zwierzęta – 4 psy: Khmau, Amy, Willy i Baloo, 2 świnki: Beppo i Bodo oraz kucyk Lina, nie licząc całego mnóstwa dzikich zwierząt żyjących w przylegającej do resortu gęstej dżungli. Właściciele spędzają większość dnia w części restauracyjnej, w swojej strefie chillout’u, są dostępni dla gości w razie jakichkolwiek pytań i zawsze otwarci na rozmowę. Tutaj najczęściej spotkacie również pieseły. Khmau jest starszym, niewidomym i schorowanym pieskiem, Amy jest nieufna i nie pozwala się głaskać, natomiast bez obaw można zalać falą głasków i czułości Williego i Baloo, którzy są żywym przykładem na powiedzenie „kto się czubi ten się lubi”.

Wraz z nastaniem pory deszczowej, czyli po zakończeniu sezonu turystycznego (listopad – marzec) załoga khmerska wraca do swoich wiosek, a gospodarze delektują się urokami samotności. Według Kavity właśnie wtedy wraz z Michaelem cieszą się najbardziej ze swojego życia na wyspie 🙂 .

Dlaczego warto przyjechać na Koh Thmei?

Oprócz oczywistego powodu, czyli pobytu na egzotycznej wyspie jest kilka kwestii, które czynią to miejsce dość wyjątkowym. Właściciele Koh Thmei są wegetarianami (już od 35 lat!), dbają o ekologię, chronią naturę i troszczą się o dobro zwierząt. Gospodarze przeciwdziałają nielegalnemu połowowi ryb powodującego niszczenie rafy koralowej. Zdarza się im wypływać kajakiem na morze, aby nurkując usuwać bezprawnie zarzucone sieci rybackie. Są zaangażowani w pomoc zwierzętom, a za przykład niech posłużą historie kucyka i świnek. Lina trafiła na Koh Thmei kiedy dobiegła końca jej kariera w klubie jeździeckim w stolicy. Gospodarze wykupili kucyka i zapewnili jej najpiękniejszą emeryturę, o jakiej mogła pomarzyć, ponieważ teraz całymi dniami spaceruje po plaży i lesie nieustannie eksplorując piękno wyspy 😀 Wieczorami o zachodzie słońca można ją ujrzeć galopującą z powrotem do swojej zagrody, nierzadko w asyście radośnie ją obszczekujących Williego i Baloo. Po powrocie do domu Lina ustawia się grzecznie do wieczornego czesania grzywy – uroczy widok! Można ją karmić i głaskać, co jest atrakcją dla gości, zwłaszcza tych najmłodszych. Dwa dni po naszym wyjeździe z Koh Thmei do Liny miały dołączyć jeszcze dwa inne konie z tego samego klubu jeździeckiego. Dwie świnki gospodarze odkupili na targu w wiosce, kiedy jako prosiaki były wystawione w oczywistym celu na sprzedaż. Beppo i Bodo wiodą teraz spokojne, leniwe życie, zażywając kąpieli błotnych i utylizując wszelkie obierki z restauracji 🙂 Patrząc na ich 200 kilogramowe ciałka z łatwością domyślicie się, że obierków produkuje się na Koh Thmei baaaardzo dużo 😉 Oto, co wyrosło z małych słodkich prosiaczków:

Tak Linie mijają dni na jej kucykowej emeryturze:

Koh Thmei może nie wygrałaby w konkursie na najpiękniejszą wyspę Kambodży, ale z pewnością miałaby szansę zająć miejsce na podium w konkursie na piękno przyrody. Na niewielkim obszarze można spotkać wiele rodzajów wegetacji i niezliczoną liczbę dzikich zwierząt. W związku z tym, że jest to dość obszerny temat, poświęcę mu osobny wpis. Dam jedynie przedsmak – któregoś dnia, leżąc w hamaku podczas sjesty usłyszałam szelest – okazało się, że jakieś 3 metry ode mnie wylądował sobie piękny i okazały dzioborożec. 

Czy przypominacie sobie kiedy ostatni raz byliście totalni odcięci od świata wirtualnego na dłużej niż dzień lub dwa? Na Koh Thmei nie ma internetu. Byłam pewna, że będę mieć syndrom odstawienia niczym narkoman na odwyku. Ha, nic z tego! Życie bez internetu przez 2 tygodnie było po prostu wspaniałe! Był czas na przeczytanie kilku książek, a wieczory upływały na graniu w planszówki, rozmowach i zabawie z psami. Wiadomo, że w dzisiejszym świecie ciężko byłoby na co dzień funkcjonować bez dostępu do sieci, ale czy właśnie urlop/wakacje/podróż nie są na to idealnym momentem? Odnoszę wrażenie, że coraz więcej miejsc robi atut z braku dostępu do internetu.

Resort na Koh Thmei jest wyjątkowy jeszcze pod jednym względem i jest to coś, czego w podróży nigdy przedtem nie miałam okazji doświadczyć. Mianowicie zupełnie niewymuszone, naturalne integrowanie się ze sobą gości. Po pierwsze nie ma wi-fi, więc ludzie zaczynają ze sobą dość spontanicznie rozmawiać. Po drugie – miejsca, gdzie można spędzać wieczory ograniczają się do dwóch: własny domek, albo restauracja, ponieważ jedynym oświetlonym miejscem jest właśnie resort. Po trzecie gospodarze dbają o dodatkowe atrakcje dla gości, organizują snorkeling czy robią ogniska. Dość szybko można poczuć się jakby spędzało się czas w grupie znajomych, mając jednocześnie dużo przestrzeni na bycie samemu z własnymi myślami.

Dzień z życia wolontariusza

Niespieszna pobudka, aromatyczna kawa i śniadanie na werandzie z widokiem na morze – takim zdaniem rozpoczynałby się każdy wpis z dziennika pokładowego wolontariusza na Koh Thmei. Gdybym taki dziennik prowadziła 😉 Śniadanie obowiązkowo w asyście przymilającego się Baloo (sorry stary, nic dla ciebie nie mam, bo wszystko na talerzu jest wege! 😉 )

Po śniadaniu oczyszczaliśmy plażę głównie z plastiku, które wyrzucało morze – zajęcie na maximum godzinę. Kavita wspomniała, że gdyby nie to, że morze jest zaśmiecane tak dużą ilością plastiku, nie potrzebowaliby pomocy wolontariuszy. Pokazała nam też zdjęcie plaży praktycznie CAŁEJ pokrytej śmieciami. Nie wiadomo do końca z jakich przyczyn jednego dnia na taką skalę plaża została zanieczyszczona, ale wyglądało to jakby ktoś na raz wyrzucił do morza śmieci zbierane przez bardzo długi czas. Bardzo przykry widok..

Przed południem wykonywaliśmy również drobne prace przy bungalowach, bo pierwszy tydzień naszego pobytu przypadł na przygotowania do sezonu turystycznego. Około 11:30 jedliśmy wspólnie lunch, po czym do godziny 16 trwała sjesta. Po odpoczynku miałam okazję oddać się jednemu z moich ulubionych zajęć – „staniu przy garach” i przygotowywaniu kolacji dla nas i gospodarzy. Cieszyłam się z możliwości gotowania w podróży! W drugim tygodniu wolontariatu przybyli pierwsi goście, więc wieczorami przez 2 godziny pomagaliśmy w restauracji, zbierając zamówienia, serwując przygotowane danie i przygotowując drinki. Krótko mówiąc – debiutowałam w kelnerowaniu i udało mi się nawet niczego nie wylać i z niczym nie wywalić! W kulminacyjnym momencie w resorcie było 11 osób, więc jak się domyślacie praca nie była zbyt męcząca.

Wolontariat na Koh Thmei to super sprawa – prace nie były wymagające, był za to czas na czytanie, relaks i nawet snorkeling czy trekking po dżungli. W dotychczasowym życiu nie miałam też okazji przez całe 2 tygodnie chodzić boso. Zupełnie jak Cejrowski! 😉 

Było nam trochę żal wyjeżdżać kiedy pobyt na Koh Thmei dobiegł końca. Przyzwyczaiłam się do tego niespiesznego rytmu życia, ciszy, spokoju, cudownej przyrody, a nawet trochę do pająków, których, dzięki pobytowi na wyspie, chyba nie boję się już aż tak panicznie 😀 Jeśli planujecie pobyt w Kambodży, chcecie pobyć blisko natury i pojeść lokalnego jedzenia, a także bliskie wam światopoglądowo są ekologia, dobro zwierząt, czy powrót do powolnego życia (jak ktoś woli po angielsku: slow life) to Koh Thmei resort jest idealnym miejscem na wypoczynek.

Dzięki, że dobrnęliście do tego miejsca! 🙂 Podczas wolontariatu dowiedzieliśmy się od Kavity i Miachaela również wielu ciekawych rzeczy o Kambodży, ale o tym już w kolejnym artykule.

Ciekawe? Podaj dalej!
  •  
  •  

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *