Wege w Phnom Penh

Stolica Kambodży rozwija się w tempie tak szybkim, że widać to dosłownie gołym okiem – gdzie nie sięgnąć wzrokiem tam place budowy i remonty. Ambitnie goniąc inne duże azjatyckie miasta Phnom Penh nie zapomina, że zarówno lokalnych mieszkańców, jak i strudzonych podróżników trzeba codziennie smacznie wykarmić. Przejdźcie się razem ze mną po wegetariańskiej mapie stolicy Khmerów. Zapraszam!

Z kilkunastu odwiedzonych jadłodajni trzy stały się moimi absolutnie ulubionymi. Zasługują na szczególne wyróżnienie z kilku powodów: serwują typowo lokalne dania, mają bardzo przystępne ceny, przemiłą obsługę, potrawy są pyszne, a produkty na których bazują są zawsze świeże. Miejsca te z pewnością niejednego sceptyka przekonałyby do diety roślinnej. Oto moja ścisła czołówka wege knajpek w Phnom Penh:

Surn Yi Vegetarian jest rodzinną restauracją, która znajduje się na ulicy 184 (ulice w Phnom Penh oprócz nazw mają numery), w bliskiej odległości od terenu Muzeum Narodowego i Pałacu Królewskiego. Opasłe menu oprócz opisów zawiera wiele zdjęć potraw, co może nieco ułatwić wybór, ale uprzedzam – podjęcie decyzji może zająć dłuższą chwilę. Opcje wegańskie są wyraźnie zaznaczone w karcie. Na samo wspomnienie zupy z pierożkami z nadzieniem warzywno – grzybowym na ciemnym bulionie z mocno wyczuwalną nutą grzybów moje ślinianki zaczynają mocniej pracować. Jednak daniem, które skradło moje serce w Surn Yi Vegetarian był grzybowy stek w chrupiącej panierce z marynowanymi warzywami, ryżem i małą zupką w zestawie. W menu znajdziecie również wiele mniejszych dań i jeśli nie mieliście okazji wcześniej próbować np. skórki z tofu zwanej też yubą to Surn Yi jest dobrym miejscem na zapoznanie się z tym rzadko spotykanym w Polsce produktem. Yuba powstaje z białka, które zbiera się na powierzchni podczas gotowania mleka sojowego i w kuchni azjatyckiej stanowi substytut mięsa. Surn Yi polubiłam również za bardzo duży wybór świeżych soków, w tym mój ulubiony z marakuji i rzadko spotykany z karamboli (star fruit’a) oraz przesympatyczną właścicielkę, uśmiechającą się na widok powracających nas ponownie w progi knajpki 🙂 Jedzenie zamówicie w prosty sposób, ponieważ przy każdym stoliku są karteczki i długopisy, więc zaznaczacie numer dania i napoju i z tak wypełnioną kartką udajecie się do kasy. Ceny dań głównych (zestawy z zupką) wahają się od 2,5 – 3,5 $.

Inną wege knajpką, do której w ciągu 2 tygodniowego pobytu w stolicy zaglądaliśmy bardzo często jest Evergreen Vegetarian House. To nieduża knajpka znajdująca się na ulicy nr 130 w centrum, blisko promenady. Zaglądają tam zarówno turyści jak i lokalni mieszkańcy stolicy. Wystrój jest prosty i dość surowy, ale i tak nikt nie zawraca sobie tym głowy, bo jedzenie które serwują jest po prostu wyborne i to na nim zawiesicie oko przez większość część uczty. Na śniadanie koniecznie zamówicie zupę z pierożkami, które są lepione na miejscu. Cieniutkie i delikatne ciasto skrywa mistrzowsko doprawione i rozpływające się w ustach grzybowo – warzywne nadzienie. Zupa napakowana jest szerokim makaronem ryżowym, warzywami i posypana prażoną i chrupiącą skórką z tofu. W innych zupach z menu znajdziecie z kolei seitanowe dodatki w postaci podrabianych „wędlin”. Na obiad skuście się np. na ryż z oszukaną „wieprzowiną” podany w zestawie z małą zupką na delikatnym bulionie z ziołami. W menu znajdziecie sporo wersji oszukanego mięsa, hot pot’y, dania z ryżem i makaronem oraz desery. Niezależnie od zamówienia zawsze dostaniecie dzbanek dobrej zielonej herbaty. Podczas jednej z wizyt otrzymaliśmy również do spróbowania deser z tapioki z musem z mango na mleku kokosowym, co było bardzo miłym gestem. Ceny z pewnością nie uszczuplą portfela – za zupę zapłacicie 2 $, a za danie główne ok 3 $. Ważna informacja: Evergreen ma przerwę w ciągu dnia, więc trzeba się tam wybrać w godzinach 6:30 – 14:00 lub 15:30 -21:00. Mnie niestety raz wypadło to z głowy i byłam niepocieszona, bo nastawiłam się na zupę z przepysznymi pierogami 😀 

Ścisłą trójkę zamyka Mercy House – chińska restauracja, w której obsługa w bardzo podstawowym stopniu włada językiem angielskim, ale podobnie jak w Surn Yi szamkę zamówicie tutaj wpisując numer pozycji na przygotowanej w tym celu kartce. Jest to miejsce oblegane przez miejscowych i co ciekawe ani razu nie widziałam zachodnich turystów. Mają bardzo duży wybór dań z ryżem i oszukanym „mięsem”, w tym wegańskie krewetki wyglądem do złudzenia przypominające te prawdziwe, kilka rodzajów zup (polecam!), bardzo przyzwoite hot pot’y, a nawet wegańskie sushi (ale mało smaczne). W karcie jest również dużo pozycji deserowych, w tym lody. To idealne miejsce na wielki głód, ponieważ porcje są duże. Oko cieszą nie tylko same dania, ale również ceny – za zupę zapłacicie ok 2$, za danie główne ok 3$. Knajpka znajduje się nieco dalej od centrum i Pałacu Królewskiego (wejście od ulicy 51, tuż przy skrzyżowaniu z ulicą nr 222). W Mercy house możecie ulokować się na górze w klimatyzowanej części lub na dole w półotwartej przestrzeni, dla mnie o tyle fajniejszej, że przypomina ogródek restauracyjny. Oprócz standardowych stolików są również niskie z siedliskami (poduszkami) – doskonałe na dłuższe spotkania ze znajomymi lub dla rodzin z dziećmi.

Restauracją, która również serwuje lokalne potrawy jest Mi Chay Vegetarian (skrzyżowanie ulic 236 i 143). W tym miejscu osiągnęli mistrzowski poziom w przygotowywaniu wegańskich wersji mięsa. Wiem, brzmi to dość dziwnie. Z uwagi na fakt, że w menu było bardzo dużo pozycji tzw. oszukanego mięsa z czystej ciekawości zamówiliśmy różne rodzaje i spójrzcie tylko na… wegański boczek! Serio, to naprawdę nie ma nic wspólnego z mięsem, oprócz wyglądu 🙂 Sojowe „wędliny” i „kiełbaski” nie smakowały oczywiście jak te prawdziwe, ale zawierają dużo białka i mają zwartą… ach, niech będzie – mięsistą strukturę 😉 Taki talerz protein na pewno gwarantuje uczucie sytości na długi czas, więc po wizycie w Mi Chay Vegetarian  warto ruszyć na długie zwiedzanie miasta. Danie główne kosztuje ok 3$.

O Pelican Food Company czytałam artykuł już trzy lata temu w Wysokich Obcasach i wiedziałam, że jeśli przyjadę do stolicy Kambodży na pewno odwiedzę to miejsce. To polski akcent w kraju Khmerów, ponieważ założycielką knajpki jest pochodząca z naszej ojczyzny Ewa Jankowska. Zawitaliśmy tutaj już pierwszego dnia pobytu w Phnom Penh, żeby ukoić budzącą się po 3 miesiącach podróży tęsknotę za polskim jedzeniem. To miejsce serwuje nasze dwa kulinarne dobra narodowe: pierogi i chleb na zakwasie! Z opcji wegetariańskich są dostępne np. pierogi ze szpinakiem i fetą oraz ruskie, a z wegańskich tradycyjne z kapustą i grzybami. Chleb można zmówić z karty dań albo po prostu kupić cały bochen i zgadnijcie z czym pod pachą wracałam do hotelu 😉 . W Pelikanie zjecie też różne rodzaje wypiekanych na miejscu ciast i napijecie się pysznej kawy z imbirem i świeżym korzeniem kurkumy. Z właścicielką niestety nie udało się zamienić słowa, ponieważ w tym czasie akurat poleciała odwiedzić Polskę.

W Kambodży, która do tej pory podnosi się z tragedii ludobójstwa z lat 1975-1979 popularną formą pomocy dla młodych osób z ubogich rodzin są organizowane przez fundacje pozarządowe (NGO) szkolenia kulinarne. Po takim szkoleniu młodzież zatrudniana jest w restauracjach, należących do fundacji, z których dochód jest przeznaczany na dalszy jej rozwój i organizowanie kolejnych kursów. W Phnom Penh znanym i obleganym miejscem tego typu jest chociażby Friend’s and Stuff. My wybraliśmy się do innej knajpki: Lot 369, które w menu ma kilka interesujących pozycji wegetariańskich i wegańskich, wyraźnie oznaczonych w karcie. Zamówiłam Buddha Bowl, czyli michę pełną zdrowych rozmaitości: czarny ryż z grillowanymi warzywami, tempeh, ciecierzycą, duszonym szpinakiem i humusem. Dostępne są również inne michy także z wegańskimi składnikami. Po skończonym posiłku podszedł do nas jeden z kelnerów i zwyczajna rozmowa o tym skąd jesteśmy i jak długo zostajemy w stolicy przerodziła się w miłą pogawędkę, z której dowiedzieliśmy się m.in, że chłopak pochodzi z wioski pod Siem Reap (słynącego z parku archeologicznego Angkor Wat), a praca w restauracji pozwala mu na utrzymanie się w stolicy i studiowanie na tutejszym uniwersytecie. Wybrał kierunek związany z pracą socjalną, ponieważ po studiach chce pomagać ludziom. Khmerskim zwyczajem przy pożegnaniu obdarował nas serdecznym uśmiechem. W Kambodżańskich większych miastach można spotkać wiele takich restauracji. Często są również połączone ze sklepami oferującymi rękodzieło wykonywane przez młodzież, co może być fajną pamiątką lub prezentem z podróży. Ceny w takich restauracjach są wyższe (danie główne kosztuje ok 6 -7 $), ale myślę, że warto zapłacić więcej i w ten sposób pomóc osobom, którym los rozdał słabsze karty. Lot 369 znajduje się przy ulicy 282, w okolicy ronda z pomnikiem niepodległości.

Jeśli będziecie w Phnom Penh i postanowicie wybrać się na dość popularny, ale oddalony od centrum o jakieś 3 km Russian Market to zajrzyjcie koniecznie do indonezyjskiej knajpki Sumatra (skrzyżowanie ulic 123 i 468). W karcie menu znajdziecie 3 strony poświęcone daniom z tempeh, tofu i ciekawym warzywnym curry jak np. to z kwiatem bananowca, młodym jackfruitem czy liśćmi manioku (cassavy). Warto spróbować któregokolwiek z dań z tempeh, ponieważ poza Indonezją nie jest tak często spotykany jak chociażby tofu. Na stół wjechało przepyszne danie typu stir-fry z kwiatem bananowca, tempeh, czosnkiem i cebulką oraz curry z młodym jackfruitem. Górną granicą cenową jednego dania jest 2,75 $.

Jeśli najdzie was ochota na chwilową ucieczką od typowo azjatyckiej kuchni odwiedźcie ARTillery Cafe – bardzo przyjemną knajpkę w drodze do Pałacu Królewskiego, ukrytą w podwórku, tuż obok niedużej galerii sztuki (stąd nazwa). Wejście znajduje się od ulicy 240 lub z drugiej strony od uliczki nr 244. W menu są wege burgery, tortille, nieco wariacji z kuchni meksykańskiej i różne rodzaje zdrowych sałatek ze strączkami, quinoa i pełnoziarnistym ryżem. Można również skomponować swoją własną michę wybierając po kolei składniki z 5 sekcji: węglowodany, proteiny, warzywa, ziarna i orzechy oraz wybrać dressing. Opcje wegetariańskie i wegańskie są wyraźnie zaznaczone w karcie dań, z której jasno wynika, że właścicielom zależy na tym, żeby klient zjadł tu naprawdę zdrowe jedzenie. W moim wege burgerze był ciekawy mariaż kuchni zachodniej z azjatycką – burger z czerwonej fasoli w towarzystwie piklowanego ogórka i pokaźnymi kawałkami mango, a do tego chipsy z manioku i domowej roboty pomidorowa salsa. Warto również zamówić któryś z dostępnych super zdrowych smoothies. Na talerzu wszystko prezentowało się pięknie, a smakowało jeszcze lepiej! Za danie główne zapłacicie ok 5 – 6 $.

Tradycyjnie już wpis zamyka knajpka indyjska 🙂 Jeśli podobnie jak ja nie potraficie przejść obojętnie obok zapachów unoszących się z hinduskich restauracji, to będąc w Phnom Penh zajrzyjcie do typowo wegańskiej, niedużej i przytulnej knajpki Masala Dosa (ulica nr 3, bardzo blisko promenady). Menu składa się ze słynnych cieniutkich naleśników (dosy) z różnymi wariantami nadzienia w tym klasycznym z ziemniaków czy ciecierzycą. Dosy są wypiekane na miejscu, delikatne i chrupiące na brzegach idealnie współgrają z doskonale przyprawionym nadzieniem. W zestawie otrzymacie 3 sosy w tym dal z soczewicy. Typowo hinduskie napoje takie jak masala chai lub mango lassi weganie mogą zamawiać bez obaw, ponieważ zawierają mleka roślinne 🙂 Ceny nie są wygórowane – za jedną dosę, którą spokojnie można się najeść zapłacicie ok 3 – 4 $.

Kulinarnie Phnom Penh po prostu mnie zachwyciło. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – odnajdą się tu osoby lubiące jeść w typowych lokalnych jadłodajniach, ci, którzy cenią sobie bardziej eleganckie knajpki oraz fani ulicznego jedzenia, gdzie z łatwością można upolować grillowane banany, ciastka ryżowe czy słynne na całą Azję południowo – wschodnią owoce z cukrem i chili.

Ciekawe? Podaj dalej!
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *