Wege w Luang Prabang

Luang Prabang jest jednym z najpiękniejszych azjatyckich miast jakie miałam okazję odwiedzić. Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO przyciąga turystów nie tylko mieszanką kolonialnej i laotańskiej architektury, ale też okolicami z niesamowitą przyrodą (m.in. zachwycającym wodospadem Kuang Si). Luang Prabang otoczone jest zielonymi wzgórzami, a przecina je potężny Mekong i jeden z jego dopływów. Są tu piękne, stare budynki, majestatyczne, wiekowe drzewa, urokliwe uliczki i mnóstwo kafejek, restauracji i straganów z pysznym jedzeniem. Przeczytajcie czym można dopieścić tutaj podniebienie i gdzie zjeść z misją, pomagając w ten sposób lokalnym społecznościom. Luang Prabang nakarmi was tak, że jeszcze długo po powrocie będziecie tęsknić za jego smakami!

Wege rozmaitości na nocnym markecie

Codziennie na nocnym markecie starszy Laotańczyk rozkłada stoisko z wegańskim bufetem i przy podkładzie muzycznym ze swojego tableta karmi rzesze głodnych turystów. Talerz rozmaitości kosztuje 15 000 kip (niecałe 7 zł), a ruch tutaj jest praktycznie nieprzerwanie. Jak to się odbywa? Płacicie, a Pan podaje talerz, na który nakładacie jedzenie proporcjonalnie do poziomu swojego głodu, siadacie na niskiej ławeczce przy długim stole i w towarzystwie innych wymiatacie wszystko z talerza 😀 . Do wyboru jest między innymi: mix kolorowych warzyw, tofu, fasolka szparagowa, ziemniaki w plasterkach, sałatka z młodej papai, sałatka z ogórka, pomidora i orzeszków ziemnych, pomidorki koktajlowe, dynia, kilka rodzajów makaronów i ryżu, a także nieco mniej zdrowe opcje: panierowane i smażone w głębokim tłuszczu warzywa i grzyby. Podczas pobytu w Luang Prabang bardzo często jedliśmy kolację właśnie tutaj. Miejsce z pewnością nie nadaje się na długie biesiadowanie, warunki są dość spartańskie, więc na elegancką kolację trzeba wybrać się gdzie indziej. Bufet działa mniej więcej w godzinach 17-21:30.

Przekąski na nocnym markecie

Jeśli po wizycie w wege bufecie stwierdzicie, że macie ochotę na małe co nieco, to polecam przechadzkę po nocnym markecie. Można upolować prawdziwe wegańskie smakołyki np. malutkie, słodkie pancakes’y z mąki ryżowej i mleczka kokosowego. Panie smażą je w specjalnych małych foremkach i przekładają na liście bananowca. Dla mnie były trochę za słodkie, ale nie można przejść obok nich obojętnie:

Z pewnością natkniecie się też na stoisko z lodami sporządzanymi na zmrożonej, płaskiej blasze, rolowanymi i przekładanymi do papierowego kubeczka. Przyjęła się nazwa, że są to lody tajskie, ale są spotykane w innych krajach Azji południowo-wschodniej, a coraz częściej także w Polsce. Lody składają się z mleczka kokosowego i dodatków, które sami wybieracie (np. bardzo drobno pokrojonego mango).

Nocny market w Luang Prabang to świetne miejsce na zakup prezentów z podróży – znajdziecie tam przepiękne rękodzieło sprzedawane przez Hmongów (jedna z grup etnicznych północnego Laosu, a w zasadzie bardziej tego regionu Azji). Nie zwlekajcie z zakupem jeśli coś wpadnie wam w oko, ponieważ takich wyrobów w Laosie raczej nie znajdziecie nigdzie indziej (ja przynajmniej nie widziałam).

Restauracja i kawiarnia z misją

Khaiphaen to knajpka, w której zatrudnienie znajduje młodzież pochodząca m.in. z wykluczonych społecznie grup czy terenów wiejskich zamieszkanych przez grupy etniczne, gdzie dostęp do edukacji jest mocno ograniczony. O tego typu restauracjach pisałam już w wege przewodniku z kambodżańskiego Phnom Penh. Khaiphaen należy zresztą do tej samej fundacji NGO (tree-alliance) co Friends and stuff w Phnom Penh. Najpierw młodzież przechodzi szkolenie pod okiem doświadczonego pracownika restauracji, a następnie jest zatrudniana w roli kelnera lub kucharza. Dochody restauracji przeznaczane są na kolejne szkolenia. Khaiphaen kieruje chłopak, który dzięki fundacji ukończył właśnie taki kurs i finalnie doszedł do pozycji menedżera. Uwielbiam takie historie! Ceny w tego typu restauracjach są nieco wyższe, ale moim zdaniem warto wesprzeć taki projekt (ceny wahają się w granicach 20 – 25 zł). W karcie dań jest wydzielona sekcja potraw wegetariańskich. Zjecie tutaj lokalne specjały np. słynne chrupiące wodorosty rzeczne (nazwa restauracji pochodzi właśnie od nich), spring rolls’y nadziewane makaronem ryżowym, warzywami i grzybami z sosem orzechowym na bazie sosu sojowego z chili, zielone curry z warzywami i tofu, dip z bakłażana czy narodowe danie Laosu – laarb:

Stosunkowo niedaleko od Khaiphaen znajduje się Saffron coffee – kolejne miejsce zaangażowane społecznie. Kawiarnia zrzesza plantatorów aromatycznej Arabiki, posiadających nieduże, rodzinne farmy w północnym Laosie i skupuje od nich ziarna. Na piętrze kawiarni wiszą zdjęcia dostawców kawy z informacjami dotyczącymi ich życia oraz plantacji np. jak liczna jest rodzina danego plantatora, ile posiada krzaczków kawy na swojej farmie, kto i za który proces produkcji jest odpowiedzialny. Dzięki takim działaniom lokalne społeczności z odległych, górzystych i trudno dostępnych terenów północnego Laosu mają szansę wyjść z biedy i zapewnić swoim rodzinom godne życie. Na stronie Saffron coffee jest jeszcze jedna fajna akcja – można za 1 dolara kupić 1 drzewko kawowe i tym samym przyczynić się do rozwoju tych niedużych rodzinnych plantacji (można zapłacić PayPalem). Zachęcam Was do tego gorąco!

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Saffron Coffee (@saffroncoffee)

Od strony gastronomicznej Saffron jest zasadzie klasyczną kawiarnią, ale w menu znajdziecie kilka opcji jedzeniowych, w tym wege śniadania i lunche. Uwaga tylko na przyprawy bo w tym miejscu nie szczędzą klientowi doznań smakowych związanych z chili 😀 Z opcji wegetariańskich zjecie np. bardzo dobrą granolę z owocami i jogurtem z mleka bawolego lub śniadaniowego wrapa z warzywami (zawiera jajko, ale można poprosić o nie dodawanie). Na lunch możecie zamówić falafele z surówką, w pszennym placu a la tortilla. Uwaga na srirachę (sos z przetartych papryczek chili), ponieważ hojnie polewają nimi falafelki! Pomimo mojej prośby o zminimalizowanie dodatku trudno było nie popijać tego dania dużą ilością wody 😉 . Za posiłek w Saffron zapłacicie ok. 15 – 20 zł. 

Zachodnie specjały z azjatyckimi akcentami

Tuż obok Saffron znajduje się kolejne miejsce warte odwiedzenia: Big Tree, czyli kawiarnio – galeria, z uroczym ogródkiem, gdzie zjecie śniadanie, obiad lub/i kolację. Na piętrze znajduje się wystawa ze zdjęciami obrazującymi codzienne życie mniejszości etnicznych Laosu. W oczekiwaniu na zamówione jedzenie można umilić sobie czas oglądaniem pięknych fotografii. W menu jest dostępnych kilka dań roślinnych np. sałatka z tofu z sosem orzechowym z chili czy makaron z sosem pomidorowym z grzybami – przetestowaliśmy i polecamy!:

 

Ceny w Big Tree nie są niskie, ale knajpa nie należy również do najdroższych w mieście (tych nie sprawdzaliśmy) – za posiłek trzeba zapłacić w granicach 20 -25 zł. 

Jeśli najdzie was ochota na wegańskiego burgera, albo zdrową michę pełną roślinnych rozmaitości w formie sałatki to wstąpcie w progi Bouang znajdującej się przy głównej ulicy, która prowadzi do nocnego marketu. Bouang to kuchnia zachodnia z azjatyckimi akcentami, niemniej w ramach urozmaicania diety zajrzeliśmy tam na posiłek dwa razy. Bułki do burgerów są wypiekane z dodatkami warzywnymi, dzięki czemu mają różne kolory (np. buraczany lub kurkumowy). Burger z czerwonej fasoli, piklowanym ogórkiem, sosem musztardowym był przyzwoity, podobnie jak ten z szarpanym jackfruitem imitującym mięso (cena: 22 zł): 

Inną knajpką, do której warto zajrzeć jest Popolo, które również serwuje „zachodnie” potrawy. Tutaj na szczególną uwagę, oprócz jedzenia, zasługuje sam budynek z przepięknym, klimatycznym ogródkiem otulonym przez stare, rozłożyste drzewa. Tutaj musicie uwierzyć mi na słowo, bo tak mnie szama wciągnęła, że zapomniałam zrobić zdjęcia (a teraz żałuję) 😉 W menu z opcji roślinnych mają zdrowe sałatki (olbrzymia porcja, cena: 20 zł) i panini (24 zł), a z opcji wegetariańskich pizzę (22 zł). Do tego oferują bardzo obszerny wybór napojów. W Popolo nie serwują lokalnych dań, niemniej zachęcam do odwiedzenia tego miejsca głównie ze względu na klimat, smaczne jedzenie i przemiłą obsługę. 

Towar deficytowy, czyli pieczywko na zakwasie

W Azji praktycznie w ogóle nie jada się pieczywa. Nie liczę spuścizny po Francuzach w postaci suchych i cienkich jak papier bagietek. Po pięciu miesiącach podróży tęsknota za chlebem była ogromna. A Sylwia lubi dobre, pełnoziarniste pieczywko! Możecie sobie wyobrazić moją radość kiedy odkryłam, że w mieście jest szwajcarska piekarnia: Zurich Bread Factory & Cafe sprzedająca pełnoziarniste wypieki na najprawdziwszym zakwasie 😀 Dzięki podróżom bardziej docenia się rzeczy, które są oczywistością w rodzimym kraju. W Polsce raczej nie cieszyłabym się z faktu jedzenia samej ziarnistej bułki. Byłaby po prostu elementem kanapki na wypasie. A tutaj? Maszerowałam po Luang Prabang delektując się każdym kęsem samej buły. Oto ona:

Chennai – mocny indyjski akcent w Luang Prabang

Wiadomo już, że na koniec dorzucę rekomendację hinduskiej gastronomii 🙂 .  Jest ich kilka w Luang Prabang, ale szczególnie zachęcam was do odwiedzania Chennai na promenadzie przy Mekongu. Mają duży wybór dań wegetariańskich i osobną kartę dań z wege zestawami lunchowymi. Co warto zamówić? Chociażby jeden z czterech dostępnych zestawów obiadowych np. dal z żółtej soczewicy z wyraźnym aromatem liści curry, palak paneer, czyli sos szpinakowy (tofu imituje serek paneer) i czerwone curry z tofu, a do tego samosa z warzywnym nadzieniem, ryż i chlebek ciapati:

Wyśmienity jest również dal makhani (z ciecierzycą w sosie pomidorowym) oraz aloo bhaingan, czyli curry z ziemniakami i pieczonym bakłażanem w sosie pomidorowym. Świeże, smaczne, idealnie doprawione. Miłym gestem ze strony kucharza jest to, że zawsze pyta się o preferencje odnośnie ostrości dania. Za danie zapłacicie ok. 20 – 25 zł. Dodatkowym atutem miejsca jest piękny widok na potężny Mekong. Warto wybrać się tam na kolację przy zachodzie słońca, które najpierw odbija się ładnie w rzece, a później chowa się za szczytami gór:

W starej stolicy Laosu dość łatwo o roślinny posiłek. W większości knajpek znajdziecie przynajmniej 2-3 typowo wegańskie dania lub takie, które z łatwością można przerobić na danie roślinne. Wiele restauracji ma w menu np. mix warzyw z tofu z orzeszkami ziemnymi lub nerkowcami – danie nieskomplikowane, smaczne i przede wszystkim zdrowe. Całość dopełnia kleisty ryż tradycyjnie podany w koszyczku:

Luang Prabang jest bardzo turystycznym, aczkolwiek nie zatłoczonym miastem. Większość domów została przerobiona na domy gościnne, w związku z tym nie udało mi się znaleźć typowej jadłodajni, w której stołują się głównie lokalni (w tym celu zapewne należałoby się wybrać poza centrum miasta). Niemniej w wielu knajpach spotkacie dania typowe dla kuchni Laosu. Żaden roślinożerca z pewnością nie wyjedzie zawiedziony z Luang Prabang! 🙂

Ciekawe? Podaj dalej!
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *