O pomaganiu w podróży – cz. I

Czy wam też zdarza się myśleć, że za mało robicie dla innych? Żyjemy w zabieganym świecie, w którym ledwie wystarcza czasu dla najbliższych, a co dopiero na angażowanie się w wolontariaty i inne formy pomocy. Podróże umacniają mnie w przekonaniu ile miałam szczęścia przychodząc na świat akurat w Polsce z pakietem startowym, nieosiągalnym dla wielu osób w krajach rozwijających się. Dług wdzięczności jest częstym, niewidzialnym towarzyszem moich podróży. Staram się go spłacać, wkładając małe cegiełki pomocy tam, gdzie jest to możliwe i, w moim rozumieniu, etyczne. W jaki sposób? O tym właśnie jest artykuł. Być może niektórzy stwierdzą, że to mało i jestem w stanie zgodzić się z taką opinią. Bliskie są mi jednak stwierdzenia, że „lepiej robić coś niż nic” i „lepiej późno niż wcale”. Dobro tkwi w małych gestach i drobnych uczynkach – nie zapominajmy o tym!

W artykule zebrałam przykłady z własnych doświadczeń z podróży. Przejdźmy zatem do konkretów: jak łączyć podróżowanie z pomaganiem?

Restauracje „z misją”

O takich miejscach pisałam wcześniej w przewodnikach z Phnom PenhLuang Prabang czy Kuching . Fundacje pozarządowe (NGO) przygotowują młodzież z ubogich rodzin lub grup wykluczonych społecznie do zawodu kucharza lub kelnera. Po szkoleniu osoby są zatrudniane w restauracjach należących do owych fundacji. Część dochodów jest przeznaczana na kolejne kursy zawodowe. Takimi restauracjami są np. Lot 369 oraz Friends n’Stuff w Phnom Penh w Kambodży czy Khaiphaen w Luang Prabang w Laosie. Dochody mogą być przeznaczane również na organizacje pomagające kobietom w trudnej sytuacji, osieroconym dzieciom czy zwierzętom – zwłaszcza krytycznie zagrożonym gatunkom (Bear Garden w Kuching na Borneo). Z kolei świetny przykład działania na rzecz zrównoważonego rozwoju danego regionu i wspierania całych społeczności lokalnych daje kawiarnia Saffron w Luang Prabang. Zrzesza ona plantatorów kawy, posiadających nieduże, rodzinne farmy w północnej części Laosu i skupuje od nich ziarna aromatycznej Arabiki. Dzięki temu mieszkańcy odległych, górzystych i trudno dostępnych terenów mają szansę wyjść z biedy i zapewnić swoim rodzinom godne życie. Na stronie Saffron coffee jest jeszcze jedna fajna akcja – można za 1 dolara przyczynić się do zakupu drzewka kawowego i tym samym pomóc „na odległość” rozwijać te nieduże rodzinne plantacje.

Takie miejsca z łatwością namierzycie „googlując” hasła: NGO run/training restaurants lub ethical eatery/restaurants + miasto, które was interesuje. Restauracji z misją powstaje coraz więcej – zwłaszcza w dużych miastach lub bardzo turystycznych ośrodkach.

Konwersacje w języku obcym

Nie mam tu na myśli klasycznych lekcji, gdzie wykłada się gramatykę i różne zawiłości lingwistyczne, a niezobowiązujące pogawędki z lokalnymi mieszkańcami. Będąc w Luang Prabang w Laosie zupełnym przypadkiem natknęliśmy się na wyjątkowe miejsce: Big Brother Mouse – centrum nauki i organizację pomagającą Laotańczykom zdobywać i uzupełniać edukację m.in poprzez wydawanie książek, organizowanie interaktywnych zajęć z języka angielskiego czy obsługi komputera. Turyści przychodzą do Big Brother Mouse i po prostu rozmawiają z lokalnymi, którzy pragną nauczyć się języka. Można tu spotkać głównie uczniów i studentów, ale pojawiają się też np. mnisi buddyjscy. Pomysł jest o tyle fajny, że ma luźną formę. Nie trzeba być certyfikowanym nauczycielem, ani deklarować regularności wizyt. Wystarczy zjawić się w określonych godzinach (9-11 lub 17-19), usiąść i po prostu zacząć gadać… o wszystkim, bo tematy zazwyczaj pojawiają się spontanicznie. Jednorazowe wizyty też są OK! Sami decydujecie ile czasu poświęcić na taką pogawędkę. To naprawdę świetna okazja do wymiany kulturowej i dowiedzenia się interesujących rzeczy o życiu w Laosie „z pierwszej ręki”. Wielu Laotańczyków, którzy przychodzą do Big Brother Mouse pochodzi z wiosek etnicznych i chętnie opowiadają o panujących zwyczajach, swoich rodzinach czy codziennym życiu. Jeden z moich rozmówców posługiwał się naprawdę dobrym angielskim, a kiedy zapytałam gdzie się go nauczył, odpowiedział, że głównie dzięki spotkaniom z turystami.

Big Brother Mouse organizuje również jednodniowe wizyty w siostrzanym oddziale w szkole na wsi. Wolontariusze m.in. czytają książki młodszym dzieciom, grają w gry planszowe ze starszymi dziećmi i po prostu z nimi rozmawiają (dla zainteresowanych: tutaj znajdziecie więcej info).

W dłuższej podróży dobrze jest zaznajomić się z lokalnymi mieszkańcami i co jakiś czas umawiać się np. na kawę. Takie pogawędki zachęcają rozmówców do używania angielskiego, a my możemy lepiej poznać i zrozumieć lokalne życie. 

W Azji płd-wsch. widać ogromną chęć do nauki języka angielskiego, ale niestety szkoły cierpią na deficyt wykwalifikowanych nauczycieli. Dlatego takie inicjatywy są świetnym narzędziem „wspomagającym” naukę i zachęcającym osoby do przełamywania bariery mówienia.

Zakup rękodzieła lub lokalnych produktów

Większość z was zapewne przywozi pamiątki z podróży i prezenty dla bliskich. W tym celu warto odwiedzić lokalny targ i raczej unikać sklepów dla turystów (często prowadzonych przez „białych” i z plastikowymi pamiątkami produkowanymi na masową skalę). Nieraz dokładnie ten sam produkt można kupić na lokalnym bazarze w dużo niższej cenie i przy okazji mieć pewność, że pieniądze trafią bezpośrednio do miejscowego sprzedawcy. Za przykład niech posłuży tutaj zakup kromy. Jest to tradycyjny bawełniany szal w kratę i symbol Kambodży, który Khmerzy wykorzystują na wiele sposobów (m.in. jako turban, przepaskę na biodra, chustę do noszenia dzieci, a nawet mocowanie na skuterku czy obrus w restauracji). W sklepie dla turystów widziałam kromy nawet za 10$ (dodam, że sklep w Phnom Penh był prowadzony przez Francuzkę). Szal ze zdjęcia poniżej kupiłam na lokalnym bazarku za 2$ (!). Uchroniła mnie od palącego słońca, kiedy na wycieczkę skuterem zapomniałam zabrać swoją chustę.

Z podróży warto przywieźć również typowe lokalne produkty wytwarzane przez miejscową ludność np. dzież czy wyroby spożywcze charakterystyczne dla regionu.

Workaway

Co to takiego? Serwis, który łączy na całym świecie gospodarzy z wolontariuszami, którzy w zamian za ok 4-5 h pracy dziennie mają zapewniony nocleg i wyżywienie. Wolontariusze mogą doświadczyć zwykłego życia w danym miejscu na świecie, a społeczności lokalne uzyskują pomoc w różnych przedsięwzięciach i inicjatywach. Prace mogą być najprzeróżniejsze np. pomoc na eko farmach, w prowadzeniu hostelu czy gospodarstwa agroturystycznego, można też uczyć języka angielskiego, opiekować się dziećmi lub zaangażować się w pomoc zwierzętom. W swoim profilu gospodarz określa preferowany minimalny czas trwania wolontariatu. Taka forma podróży nadaje się zarówno dla osób, które dysponują 26 dniowym urlopem, jak i dla tych, którzy chcą zrobić sobie dłuższą przerwę od pracy. Odbyłam dwa takie 2 tygodniowe wolontariaty: na Borneo i w Kambodży i stwierdzam, że było to jedno z fajniejszych doświadczeń zarówno podróżniczych jak i życiowych.

Na zdjęciu poniżej autorka bloga 😉 chwilowo w roli farmerki i opiekunki 4-letniej Fiony. Dzięki temu jej rodzice mogą poświęcić więcej czasu na pomoc lokalnej społeczności.

Jak widzicie pomysły nie wymagają ani dużych nakładów finansowych, ani czasowych, a często są po drodze z zaspokajaniem własnych potrzeb. Chciałabym jeszcze podkreślić, że nie chodzi mi o to, aby pomagając samemu poczuć się dobrze i „zbawiać świat”. Pomaganie jest celem samym w sobie. Dla mnie dodatkowo to forma spłaty wspomnianego już długu wdzięczności za możliwości otrzymane, tak po prostu i za nic, w momencie narodzin. Dla kogoś na końcu świata drobne gesty pomocy mogą mieć ogromne znaczenie.

Jeśli temat was zainteresował to jego kontynuację i kolejne pomysły z „życia wzięte” znajdziecie w części II.

Sylwia

Ciekawe? Podaj dalej!
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *