Dolina Konglor, niezwykła jaskinia i wehikuł czasu

Dolina Konglor była ostatnim miejscem w Laosie południowym, do którego koniecznie chcieliśmy zajrzeć. Celem podróży była jedna z największych przyrodniczych atrakcji Laosu –  jaskinia, przez którą na całej długości 7,5 kilometrów przepływa rzeka. Jest to jeden z najdłuższych przepływów podziemnych na świecie. Ten malowniczy region ma też inną wspaniałą zaletę – przenosi w czasie do beztroskich chwil spędzanych w dzieciństwie na wsi. To jak, wsiadacie ze mną do wehikuł czasu? 🙂

Tuk-tukowanie przez góry i doliny

Jeśli koniecznie chcielibyście zobaczyć jaskinię Konglor musicie na początku wziąć pod uwagę bardzo istotną kwestię – żeby się tu dostać trzeba poświęcić cały dzień na dotarcie do wioski, w której się znajduje. Możliwości dojazdu są dwie: z północy (najczęściej z Vientiane, czyli stolicy) lub z południa. My wyruszyliśmy od strony południowej z niewielkiego miasteczka Thakhek, z dworca z którego odjeżdża lokalny transport (nam zdarzyło się pomylić i wylądować na dworcu przeznaczonym do dalekobieżnych podróży – trzeba na to uważać). Z południa Laosu do wioski Konglor nie dostaniecie się autobusem czy autokarem, trzeba być przygotowanym na ekspedycję lokalnym tuk tukiem. Jeśli teraz przed oczami macie obraz pojazdów śmigających po ulicach Bangkoku czy innych azjatyckich miast – to nie to! Są to zupełnie inne środki transportu, przypominające niewielkie dostawczaki z na wpół odkrytą paką, bagażnikiem na dachu i dwoma lub trzema ławeczkami dla pasażerów (zamiast foteli/ siedzeń). O, coś takiego:

W kulminacyjnym momencie jechaliśmy w 18 osób, a razem z nami dobra m.in.: kurczaki w pudełku, materace, kilka kół do traktora, mały rowerek dziecięcy, wielkie wory (prawdopodobnie ryżu), plecaki i torby oraz podręczne pakunki. Samo zapakowywanie wszystkiego trwało jakieś 40 minut, po czym ściśnięci ruszyliśmy w długą drogę, do przejechania mając 181 kilometrów. Zakładam, że od razu pomyślicie, że to niedużo. Liczba kilometrów faktycznie nie robi wrażenia, ale biorąc pod uwagę nasz pojazd i drogę, a zwłaszcza jej pełen serpentyn końcowy odcinek, robi się z tego co najmniej 7 godzin podróży (z obowiązkowymi postojami na zakup przekąsek czy dopakowanie dóbr na bagażnik). Byliśmy jedynymi turystami, więc pasażerowie dość często zawieszali na nas wzrok. Najzabawniejszy był około 8 letni chłopiec, który z rozdziawioną buzią wpatrywał się w nas na przemian. Biorąc pod uwagę niedawną utratę mlecznej jedynki też się w niego wgapialiśmy, wypatrując momentu kiedy przez tę szparę w uzębieniu dostanie się do buzi jakaś mucha 😀 Około 40 km przed wioską Nahin-Nai wjeżdża się w górski teren pokonując przełęcz, ze wspaniałymi widokami, a następnie po stromej, krętej drodze zjeżdża się w dół drogi prowadzącej do niewielkiego skrzyżowania – punktu przesiadkowego.

Po przesiadce do kolejnego tuk-tuka zostało nam ostatnie 40 km do pokonania, bardzo dziurawą, momentami piaszczysto-kamienistą drogą. Podczas takiej jazdy nie radzę np. podejmowania próby podrapania się w okolicy oka – można sobie je niechcący wydłubać 😀

Przemierzając finalny odcinek trasy wiedziałam już, że będę chciała zostać w okolicy dłużej niż początkowo zaplanowaliśmy. Późno popołudniowe słońce oświetlało góry okalające wsie, na horyzoncie z każdej strony widać było intensywnie zielone pola tytoniu i gdzieniegdzie świeżo kiełkujący ryż o jasnozielonym kolorze (matka natura chyba umie w fotoszopa!). Z kolei na żółtych skoszonych już polach ryżowych całymi stadami wypasały się krowy wraz z młodymi cielaczkami. Widać było również bawoły zażywające kąpieli błotnych. Gapiąc się na to z zachwytem myślałam, że chociaż w tej dłuższej podróży nacieszyłam oczy wieloma wspaniałymi widokami, to jednak okolica z każdym kilometrem drogi pięła się na szczyt listy najbardziej urokliwych miejsc.

Po dotelepaniu się (najwłaściwsze słowo!) na miejsce ogarnęliśmy nocleg w bungalowach, który był strzałem w dziesiątkę. Bardzo czyste i wygodne drewniano-bambusowe domki z werandą, hamakiem i widokiem na góry i zielone pola tytoniu (dla zainteresowanych – Thongdam Guesthouse, można zarezerwować przez booking.com czy agoda.com, ale my przyjechaliśmy „w ciemno”).

Do tego okazało się, że kuchnia w obiekcie serwuje naprawdę dobre jedzenie, a w menu jest kilka opcji wegańskich i wegetariańskich! Czerwone curry z warzywami było jednym z najlepszych jakie jadłam do tej pory w podróży. Szanuję kucharzy, którzy nie boją się wrzucić dużo liści kaffiru do dania. Pachniało z odległości, mniam! Do tego kleisty ryż (sticky rice) obowiązkowo w uroczym koszyczku z bambusa.

Przeprawa przez jaskinię Konglor

Następnego dnia, trochę niewyspani z powodu konkursu na najdłuższe i najgłośniejsze pianie jakie miejscowe koguty urządziły sobie o 4tej nad ranem, wyruszyliśmy na rejs rzeką w jaskini (jak się później okazało, konkurs był na stałe wpisany w koguci repertuar każdego poranka). Z wioski trzeba przemaszerować około 1 kilometra do kasy biletowej i kolejne kilkaset metrów do łódki, którą sternik przewozi na drugą stronę do Doliny Natane. Niestety łódki są uposażone w silniki spalinowe, więc w trakcie przeprawy echo niesie po jaskini odgłosy silnika i powoduje, że jest dość głośno. W planach jest wprowadzenie silników elektrycznych i m.in na to przedsięwzięcie są przeznaczane dochody ze sprzedaży biletów. Kolejna rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę – jaskinia przez całe 7,5 kilometra (czyli mniej więcej odległość z warszawskiej stacji metra Kabaty do stacji Wilanowska) nie jest w ogóle oświetlona, oprócz jednego miejsca z progiem wodnym, gdzie trzeba wysiąść i przejść bokiem między formacjami skalnymi. Kapitan w tym czasie przeciąga łódkę przez rzeczny stopień. Jeśli ktoś ma problem z przebywaniem w ciemnych pomieszczeniach przez dłuższy czas, trzeba pamiętać, że cała przeprawa trwa około godzinę w jedną stronę (pod prąd) i około pół godziny z powrotem z nurtem rzeki. Jako klaustrofobik chciałam natomiast uspokoić, że jaskinia na całej długości jest wysoka na kilka – kilkadziesiąt metrów i na tyle szeroka, że żadnych ataków paniki nie było 🙂 Trzeba mieć ze sobą latarki (np. czołówki), ale można je też wypożyczyć przy kasie biletowej. Motorniczy łódki oczywiście oświetla sobie drogę porządną czołówką.

Sam fakt, że natura stworzyła tak długi rzeczny podziemny tunel robi wrażenie. Niemniej jeśli spodziewacie się niesamowitych formacji, to tutaj raczej ich nie znajdziecie. Owszem stalaktyty, stalagmity, kolumny i draperie występują, ale nie są tak oszałamiające jak np. w wietnamskiej jaskini Phong Nha. W porze deszczowej jaskinię woda wypełnia na kilka metrów, ponieważ co jakiś czas mijaliśmy konary drzew, które utknęły wysoko między stalaktytami i żłobieniami. Podziemna rzeczna trasa jest pełna zakrętów, płycizn czy ostrych wystających skałek. Mimo to przewodnik płynął pewnie i dość szybko. Widać, że pokonywał tę trasę wiele razy i zna ją doskonale.

Kiedy w końcu wypływa się z ciemności widok, który ukazuje się oczom już od pierwszych promieni światła jest atrakcją być może nawet większą od samego rejsu łódką po jaskini (to rzecz jasna bardzo subiektywna kwestia). Ja byłam zachwycona drzewami gęsto porastającymi brzegi rzeki, ich intensywną zielenią kontrastującą ze stalowym kolorem gór i niebieskim, bezchmurnym niebem. Coś pięknego!

Po dotarciu do Doliny Natane można odpocząć w przystani w niedużej strefie gastronomicznej lub wypożyczyć rowery i przejechać się pętlą przez okoliczne malutkie wioski. Jeśli chcielibyście zostać dłużej w Dolinie Natane musicie kupić kolejny bilet na powrót. Całkiem dobrymi górskimi rowerami objechaliśmy teren w niecałą godzinę, zatrzymując się na chwilę kilka razy. Warto zwiedzić tę okolicę – gdzie nie sięgnąć wzrokiem tam malownicze i sielskie widoki:

Po powrocie do przystani odnaleźliśmy naszego przewodnika i popłynęliśmy z powrotem do wioski, tym razem bez przystanków. Przy wyjściu zostaliśmy poproszeni o uzupełnienie ankiety dotyczącej oceny pobytu w regionie i zwiedzania jaskini. Narzędzie badawcze było bardzo dobrze przygotowane, co szczególnie mnie ucieszyło (efekt uboczny studiów socjologicznych 😉 ), oczywiście oprócz tego, że naprawdę zależy im na tym, aby mądrze rozwijać region.

Kilka ciekawostek o jaskini

Sąsiadujące ze sobą wioski – Konglor oraz Natane wiedziały nawzajem o swoim istnieniu, ale nie miały pojęcia o tym, że istnieje podziemny korytarz rzeczny ciągnący się przez całą długość jaskini . Aby dotrzeć do sąsiedniej wioski mieszkańcy wykorzystywali zatem drogę górską, która jednak wymagała kilkugodzinnego przedzierania się przez trudny teren. Jaskinia była miejscem, w którym według lokalnych wierzeń mieszkały dwa bóstwa o nazwach Kham Dem i Peng Sy. Nikt z tego powodu nie miał śmiałości, aby podjąć się eksploracji jaskini. Istnieje kilka legend w jaki sposób lokalna ludność dowiedziała się o istnieniu podziemnego rzecznego korytarza. Jedna z nich mówi o tym, że mieszkańcy Konglor często zauważali wypływające z wejścia do jaskini kaczki. Inne legendy traktują o wypływających gałęziach drzew noszących ślady maczety czy o pustych naczyniach po lokalnym trunku ze sfermentowanych łusek ryżu. W końcu w 1920 roku grupa 5 śmiałków przełamała strach i podjęła się ekspedycji w głąb jaskini, przepływając ją na drewnianej podłużnej łodzi, a do oświetlenia używając tradycyjnych pochodni. Dopiero w 1980 roku zaczęto używać drewnianych łodzi z silnikiem spalinowym, co skróciło podróż do około 1 godziny. Na odkryciu podziemnej rzecznej trasy szczególnie skorzystali mieszkańcy wiosek w Dolinie Natane, która umożliwiła transport większych rzeczy zakupionych w mieście (np. motocykli). Do tej pory podziemna rzeka wykorzystywana jest do przewożenia zaopatrzenia. Jak wspominałam, obecnie trwają prace nad wprowadzeniem elektrycznych silników do łodzi, co ma zredukować emisję spalin oraz hałas jaki powodują tradycyjne silniki.

Miłośnicy fauny, przy łucie szczęścia mogą spotkać w okolicy jaskini kilka ciekawych gatunków (w tym niektóre endemiczne dla tego regionu) np. gibony białopoliczkowe czy coś, co kryje się pod nazwą Heteropoda Maxima. Tak biolodzy nazwali jednego z największych pająków na świecie – licząc z rozpiętością nóżek jest to 30 centymetrowy potwór (dla porównania taką wysokość ma kartka A4!). Pająki – giganty żyją sobie najczęściej przy wejściach do jaskini, nie tworzą sieci, a ofiar nie opluwają jadem. Są na tyle szybkie i silne, że nieszczęśników po prostu łapią i pożerają. Kurtyna.

Ekoturystyka i wehikuł czasu

Mieszkańcy otoczonych górami wiosek musieli swoje życie zaadaptować do trudnych warunków przyrody, a przede wszystkim do rytmu pór roku. W trakcie sezonu monsunowego Dolina Natane bywa odcięta od świata. Rzemieślnicze wyroby, uprawa tytoniu i turystyka są aktualnie najważniejszymi źródłami dochodu lokalnych społeczności. Cała turystyka w regionie jest zarządzana przez Stowarzyszenie Ekoturystyki Konglor – Natane liczące obecnie około 400 członków: motorniczych łodzi, przewodników, właścicieli restauracji i guesthouse’ów i jest to pierwsze tego typu stowarzyszenie, które powstało w Laosie. Dlaczego zatem warto umieścić Dolinę Konglor na liście miejsc do odwiedzenia w Laosie? Każdy KIP (lokalna waluta), który tutaj zostawicie przyczynia się do rozwoju lokalnych społeczności i jest wykorzystywany m.in. na utrzymanie infrastruktury, promowanie regionu i tworzenie nowych miejsc pracy dla mieszkańców wioski (przewodnicy np. wypraw rowerowych po górskim terenie) i co najważniejsze – do zachowywania natury poprzez środki przeznaczone na wprowadzanie łodzi z elektrycznymi silnikami czy pochłaniaczy CO2 wewnątrz jaskini. Najprościej mówiąc, przyjeżdżając tutaj możecie przyczynić się do poprawy jakości życia mieszkańców wioski.

Dla mnie pobyt w tej pięknej i sielankowej dolinie miał jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Przypomniał jak wygląda (jak powinna wyglądać!) wieś zanim systemowe rozporządzenia nakażą zamknięcie zwierząt gospodarczych w murach, ciasnych betonowych boksach, czy klatkach, w których stworzenia nie mogą nawet swobodnie się przekręcić. Tutaj odbiera się lekcję przyrody, która nienachalnie przypomina, że zwierzęta mają naturalne prawo do wychowywania potomstwa, radosnego brykania po polach i zaspokajania swoich wrodzonych instynktów. Obstawiam, że wielu z nas zapomniało ile radości może sprawić obserwowanie całych stad krów, kur, kaczek, a nawet świń, które swobodnie chodzą gdzie im się tylko podoba, skubią trawę i wyglądają na szczęśliwe.

Obrazki w Dolinie Konglor na każdym kroku przywoływały najcieplejsze wspomnienia z dzieciństwa i wakacji spędzanych na wsi. Zobaczcie dosłownie ułamek tego, na co można się tam napatrzeć do woli:

Planując podróż do Laosu rozważcie spędzenie w Dolinie Konglor 2-3 dni. Przyroda  i sielski klimat z pewnością wynagrodzi wam wymagającą drogę do malutkiej wioski „na końcu świata” albo jak ktoś woli – pośrodku niczego. Tutaj do woli napatrzycie się na pola, góry, zwierzęta i mieszkańców wioski żyjących zgodnie z rytmem natury. Będziecie zachwyceni Doliną Konglor, jestem tego pewna! 🙂

Ciekawe? Podaj dalej!
  •  
  •  

2 komentarze

    • Proponuję zrobić jeszcze jedną kawę. Niedziela jest – można sobie dogodzić 😉 Cieszę się, że lektura wciąga! 🙂 Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *